|
Data: 30 VII 2004 - 9 VIII 2004
Uczestnicy: Grzegorz Piękoś, Łukasz Patelski
Cel wyprawy: 1. Dojechanie rowerem nad polskie morze, 2. Udowodnienie kolegom i znajomym, że jest to możliwe.
Dzień 1 # Tychy >> Zawiercie ( 85km )
Mniej więcej około godziny 12 wyjechałem z Tychów do Zawiercia gdzie mieszka Łukasz. Jechałem raczej na tzw. "lajcie" ponieważ uważam że nie ma sensu się przemęczać w pierwszy dzień wyprawy. U Łukasza byłem około 17. Wieczorem musieliśmy jeszcze wszystko dokładnie sprawdzić: czy wzięliśmy wszystkie potrzebne rzeczy, itp.
Dzień 2 # Zawiercie >> Antonin ( 209 km )
Wstaliśmy z Łukaszem bardzo wcześnie (3:30) jednak mimo tego wyjechaliśmy dopiero około 5:30 z Zawiercia. Naszym pierwszym celem było miasto Śrem (mieszkała tam kuzynka Łukasza). Mieliśmy tam zamiar dojechać w 2 dni.Rano było racze chłodno ale pózniej był upał nie do wytrzymania. Wole nie myśleć ile wody żeśmy wypili tego dnia. Ostatecznie zatrzymaliśmy się na campingu w Antoninie, zjedli kolacje, rozbili namiot i poszli spać.
Dzień 3 # Antonin >> Śrem ( 112 km )
Wstaliśmy około 7 zjedli śniadanie ugotowane w kuchni znajdującej się na campingu (wypas). Ugotowali ryż na cały dzień (4 torebki) i o godzinie 9 wyjechali z usmiechem na twarzy. Mieliśmy do przejechalnia do Śremu tylko 120 km więc nie za dużo. Po około 40 kilometrach wyprzedziła nas grupa trenujących kolarzy i podczepiliśmy się im na ogon. Podciągneli nas moze jakieś 40 km ale jazda za nimi to było coś. Jechaliśmy z sakwami, obładowani śrenio około 40 km/h. Około 16 byliśmy u rodzinki Łukasza i zajadali przepyszny obiad.
Dzień 4 # Śrem >> Złotów ( 187 km )
Wstaliśmy jak zawsze wcześnie i po zjedzeniu smacznego śniadanka wyjechali o 7:30. Następnym naszym celem był Biały Bór. Powiem tak: takich wielkich pól i takiej ilości wszelkiego sprzętu rolniczego nie widziałem nigdy :). Jak dojechaliśmy do złotowa to zajeżdzając na camping powiedzieli nam: "od osoby 15 zł". Więc podziękowaliśmy i skorzystali z chojności księdza w Złotowie, który nam pozwolił wyspać się w salce katechetycznej. Czysto i sucho. Luksus.
Dzień 5 # Złotów >> Biały Bór ( 82 km )
To był najgorszy poranek z całej wyprawy. Wstajemy a tu za oknem pada :( . I jak tu się nie wkurzyć. Wyjechaliśmy około 10, sakwy zabezpieczone przed przemoknięciem i w drogę. Ujechaliśmy może 30 km i znowu zaczęło padać. Akurat był duży przystanek (na wsiach mają takie duże murowane przystanki) więc schroniliśmy się pod nim. Czekaliśmy tylko na moment, w którym przestanie padać. Po pół godzinie nadażyła się okazja przejechaliśmy około 35 km. Zauważyliśm, ze idzie "wielka czarna chmura", a że był na horyzoncie przystanek to postanowiliśmy przeczekać. I słusznie postąpiliśmy, po 5 minutach siedzenia rozpoczęła się wielka ulewa z gradobiciem i piorunami. Zrobiliśmy sobie w trakcie czekania dwa gorące kubki zalane wodą podgrzaną na kuchence turystycznej. Po bodajże półtorej godziny ruszyliśmy znowu i dojechaliśmy do Białego Boru, odwiedzili moją koleżanke. Nie znależliśmy taniego noclegu więc postanowiliśmy poszukać noclegu u księdza. I Słusznie ugościł nas równie miło co ksiądz w Złotowie. Mogliśmy chociaz wysuszyć rzeczy, które nam zmokły.
Dzień 6 # Biały Bór >> Suchy Dąb ( 163 km )
Wyruszyliśmy około 7:30. Naszym dzisiejszym celem był Suchy Dąb (mieszkała tam koleżanka Łukasza). Tego dnia zdażyła nam się jedyna awaria jaką mieliśmy podczas całej wyprawy: Łukasz złapał "kapcia" w przednim kole. Szybka zmiana dętki, sklejenie starej i dalej w drogę. Po około 120 km odbiliśmy na polną dróżkę i zrobiliśmy wielki błąd: droga ta prowadziła prze jakieś bagna. Mniej więcej 4 km musieliśmy prowadzić rowery gdyż błoto uniemożliwiało jażdę . Ucieszyło nas niezmiernie kiedy poczuliśmy twardy ubity grunt pod stopami i kołami. Dojechaliśmy na około 18. Nocleg w małym miasteczku całkiem sympatyczny, a dokładniej namiot rozbity kóło kurnika :).
Dzień 7 # Zwiedzanie Gdańska ( Jedyny dzień bez roweru )
Raj - możliwość snu do 9. Po lekkim śniadaniu autobusem do Gdańska. To był moment, w którym najbardziej żałowałem że zepsuł nam się aparat. Stało się to 4 dnia jak padał deszcz. Po prostu został zamoczony w sakwie Łukasza i niestety był nie do naprawy. Udało się odratować dosłownie 4 zdjęcia. Najciekawsze było to że tylko torba z aparatem była mokra bo niestety znajdowała się na górze sakwy. Ale mówi się trudno. Człowiek uczy się na błęach. Zwiedziliśmy w Gdańsku: Kościół Mariacki, Kościół św. Mikołaja, widzieliśmy fontanne Neptuna, byliśmy na jarmarku, pod pomnikiem Westerplatte. Powiem krótko: Gdańsk to piękne miasto. Wieczorem zrobiliśmy ognisko. To był ekstra dzień.
Dzień 8 # Suchy Dąb >> Gdańsk >> Suchy Dąb ( 91 km )
Wstaliśmy dzisiaj około 7 zjedli śniadanie i postanowili pojechać do Gdańska na rowerach bez sakw. Dojechaliśmy tam w rekordowym czasie: 40 km w godzine. Pojeżdzili trochę po Gdańsku, samo jeżdzenie po Gdańsku zajęło nam o dziwo 4 godziny (zatrzymywaliśmy się to tu, to tam żeby coś pooglądać). Niestety po 12 Łukasz zadzwonił do domu i się okazało że musi za pare dni być w domu (sprawy rodzinne). Postanowiliśmy wracać do Suchego Dębu żeby się przygotować do powrotu. Wracając nie pędziliśmy już aż tak bardzo. Wieczorem spakowaliśmy się i przygotowali do tego aby następnego dnia z samego rana wyruszyć w drogę powrotną.
Dzień 9 # Suchy Dąb >> Toruń ( 173 km )
Wtaliśmy normalnie około 6 spakowali się, zjedli śniadanie, pożegnali się i wyruszyli w drogę powrotną. Zapowiadał się drugi najgorętszy dzień wyprawy, więc zaopatrzyliśmy się w większy zapas wody tak na wszelki wypadek jak by nie było żadnego sklepu po drodze. Założyliśmy że do domu dojedziemy w 3 dni. Tego dnia dojechaliśmy do Torunia na godzinę 18 postanowiliśmy się zatrzymać na campingu. Czuliśmy jak spalone są nasze ręce i twarze. Woleliśmy pójść wcześniej spać żeby na drugi dzień móc więcej jeszcze przejechać.
Dzień 10 # Toruń >> Łódź ( 184 km )
I tak też zrobiliśmy. Wstaliśmy około 5:30 szybko się zebrali i wyjechali około godziny 7. Dzisiejszy dzień był na szczęście troszkę chłodniejszy ale za to dokuczał nam dzisiaj silny, porywisty, często przeciwny do kierunku jazdy wiatr. Ale na nas nie ma mocnych. Dzisiejszego dnia wiedzieliśmy że musimy przejechać jak najwięcej aby móc następnego dnia spokojnie dojechać do domu. Ten dzień miał jeden minus. Użądliła mnie osa. Ale co tam. Na całe szczęście nie jestem uczulony więc obeszło się na lekkiej opuchliśnie i swędzeniu. Dojechaliśmy do Łodzi około 18 i zaczęliśmy poszukiwania noclegu. Musieliśmy przejechać cała Łódz (zajęło nam to około godziny) i znależliśmy przyjemny camping na obrzeżach Łodzi. Kolejny udany dzień.
Dzień 11 # Łódź >> Tychy ( 220 km )
To był ostatni dzień (przynajmniej tak zakładaliśmy). Do naszych domów zostało nam około 200 km. Wyruszyliśmy około 8 i nie zastanawiając się specjalnie nad tym ruszyliśmy dosyć szybkim tempem w dalszą podróz. To był najszybszy dzień całej wyprawy jeśli chodzi o średnią prędkość.Kiedy byliśmy już w Częstochowie wiedzieliśmy, że dzisiejsza noc bedzie przespana w domu. W Kozichgłowach pożegnaliśmy się i każdy pojechał w swoją stron: Łukasz do Zawiercia (ok 40km) i ja do Tychów (około 90 km). I tak można by powiedzieć, że zakończyła się nasza wspólna wyprawa nad polskie morze. W drodze powrotnej w Bedzinie złapała mnie taka burza że zdązyłem tylko zabezpieczyć sakwy przed przemoczeniem i już byłem cały mokry. Nie miałem nic do stracenia więc jechałem sobie w takiej ulewie. Na 19 byłem w domu. Wyprawa została zakończona sukcesem.
Statystyki
Przejechane kilometry: 1506
Łączny czas jazdy: 65 h 43 min
Ilość dni bez roweru: 1
Najkrótszy przebieg dzienny: 82 km
Najdłuższy przebieg dzienny: 220 km
Średni przebieg dzienny: 150,6 km
Średnia prędkość wyprawy: 21,92 km/h
Największa prędkość: 77,8 km/h
Awarie: jedna przebita dętka
>> Zdjęcia z wyprawy <<
|